CESARSTWO zostało przeniesione adres : http://www.cesarstwoniemieckie.eu
KRAJE CESARSTWA => Kolonie => Togoland => Wątek zaczęty przez: Karl von Wettin w 17 Luty, 2022, godz.22:26:24
-
Do Niemiec dotarły pierwsze statki wypełnione owocami i kakao. Towary zostały rozprowadzone do sklepów w całym cesarstwie ze szczególnym uwzględnieniem królestwa. Część ładunku trafiła też do fabryk gdzie powstały dżemy, konfitury, kandyzowane owoce oraz czekoladki i praliny.
-
Do Togolandu przyjechali: botanik profesor Walter Heisenberger z Lipska i zoolog profesor Josef Schnelling z Jeny celem zbadania środowiska naturalnego Togolnadu.
-
(https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/28/TIMBUKTU-EINZUG.jpg/640px-TIMBUKTU-EINZUG.jpg)
Obaj naukowcy swoje badania zaczęli nad brzegiem morza. Profesor Schnelling przyglądał się rybom oferowanym na targu przez miejscowych rybaków, kupował ich okazy a następnie opisywał je dokładnie. W tym samym czasie asystenci profesora Heisenbergera nurkowali z użyciem nowoczesnego francuskiego sprzętu zbierając rośliny z morskiego dna które bo wydobyciu na pokład jednostki badawczej były umieszczane znów w wodzie z specjalnych wodoszczelnych skrzyniach a następnie poddawane badaniom. Badania te potrwały prawie dwa tygodnie. Następnie uczeni ruszyli w okolice Nowej Miśni przyjrzeć się przyrodzie lądowej.
-
Po półtora miesiąca wyprawy naukowcy wciąz prowadzą swoje badania w centralnej części kraju. Oprócz opisywanie udało im się także złapać kilkanaście okazów mniejszych np. góralka, dujkera i niespotykaną dotąd w innych rejonach kukułkę togijską. Ta ostatnia wbrew nazwie należy jedynie do tej samej rodziny co europejskie kukułki, nazwę zawdzięcza temu że podobnie jak europejskie kuzynki podkłada jaja innym ptakom.
-
Badania w centralnej części kraju nadal trwają. Liczba zidentyfikowanych gatunków osiąga już setki. Są one opisywane na bieżąco.
-
Badania proponuję opublikować w muzeum
-
Jak panowie profesorowie wrócą do Niemiec tak się stanie.
-
Bardzo się cieszę, wasze odkrycia niech wszyscy mogą zobaczyć.
-
Badania w najtrudniejszych terenach czyli górzystym centrum kraju powoli się kończą. Za około tydzień badacze przejdą na północ Togolandu. Ponieważ ilość materiałów stała się już zbyt duża profesorowie zdecydowali się posłać konwój który zabierze dokumentację spowrotem na wybrzeże.
-
Ponieważ obie nadmorskie osady urosły już do rozmiaru małych miasteczek dla ciągle przybywających z Niemiec imigrantów zaczynało brakować już pracy. Plantacje były głównie obsługiwane przez miejscowych znających się na uprawie tropikalnych roślin. Rolnictwo nieprzemysłowe również rozwinęło się do stopnia zaspokajającego potrzeby ludności. W handlu i administracji również nie potrzebni byli nowi pracownicy. Prawie stuosobowa grupa rolników która niedawno przybyła do Nowej Miśni po konsultacjach z wicegubernatorem zarządzającym kolonią otrzymała eskortę w postaci póplutonu piechoty i ruszyła na północ założyć kolejną osadę. Osiedle powstało w sąsiedztwie przyjaznej wioski tubylczej mniej więcej na wysokości połowy drogi między Nową Miśnia a Nowym Budziszynem. Nadano mu nazwę Amaliestadt na cześć Amalii Wittelsbach-ksieżniczki bawarskiej i pierwszej królowej Saksonii.
-
(https://media.istockphoto.com/illustrations/antique-illustration-of-the-first-italoethiopian-war-massawa-arsenal-illustration-id1272829507?s=612x612)
Równolegle z założeniem Amaliestadt w Nowym Budziszynie ruszyły prace nad powiększeniem portu ponieważ transport większej części urobku z kopalń wokół których powstało miasteczko zawsze nastręczało wiele trudności. Dzięki pomocy materialnej z Saksonii rozpoczęła się budowa dodatkowych doków przeładunkowych i magazynów
-
Po półtora miesiąca wioska zaczyna funkcjonować normalnie. Ustalono że jej mieszkańcy zajmą się pozyskiwaniem oleju palmowego i ziaren narazie z dziko rosnących olejowców, a w przyszłości z zasadzony specjalnie w tym celu drzew.
-
Aby ułatwić komunikację między osadami władze Togolandu postanowiły wybudować nadmorską linię kolejową. Na początku trudno było o nowych robotników więc narazie skupiono się na ściąganiu potrzebnych materiałów z Niemiec przy okazji rozgłaszając że znajdzie się praca. W końcu razem z szynami i podkładami zaczęli napływać robotnicy.
W międzyczasie zatrudnianych przy dwóch batalionach przewodników postanowiono przekształcić w samodzielny oddział. Sformowano pierwszy pluton Schutztruppe der Togoland. Do oddziału przydzielono niemieckiego oficera i dwóch podoficerów. Dwóch kolejnych mianowano spośród miejscowych którzy służyli niemieckim wojskom już od wielu miesięcy.
-
Do portu w Nowej Miśni zawinął transportowiec który przywiózł z Niemiec broń oraz oficerów i podoficerów saskiej żandarmerii krajowej. Ich zadaniem było utworzenie i przeszkolenie policji kolonialnej dla Togo.
Do nowych oddziałów zgłosiło się 60 ochotników spośród miejscowej ludności oraz 130 Niemców z Nowej Miśni i 40 z Nowego Budziszyna. Natomiast rozpoczęto szkolnie. Większość zwerbowanych kolonistów dobrze pamiętała obsługę starych mauserów z czasów poboru więc szkolenie strzeleckie objęło jedynie tych którzy mają być przeznaczeni do służby w mieście a więc zostali wyposażeni w pistolety Mauser C78. Natomiast miejscowi w pełni zapoznali się z obsługą karabinów Mauser M71 (dostarczono stare modele ponieważ całość produkcji nowoczesnych M82F skierowana była do armii) Elementem wspólnym dla obu grup było szkolenie typowo policyjne-warty, eskorta, patrole, przeszukania i tym podobne.
-
Po niespełna dwutygodniowym rejsie król dotarł do Nowej Miśni gdzie przywitany został przez wicegubernatora, burmistrza i komendanta zgrupowania morskiego.
W pierwszy dzień wizyty król dokonał przeglądu wojsk kolonialnych złożony z piechoty morskiej, wojska saskiego, miejscowych żołnierzy oraz marynarki wojennej. Zapoznał się także ze stanem ludnościowym i gospodarczym kolonii z którego był bardzo zadowolony. Eksport produktów rolnych i urobku kopalni się rozwija. Spotkał się także z proboszczem miejskiej parafii katolickiej na dłuższym spotkaniu oraz z pastorem luterańskim na spotkaniu kurtuazyjnym.
Na drugi dzień osobiście odebrał przysięgę na wierność cesarzowi od policjantów który ukończyli szkolenie. Następnie udał się za miasto na spotkanie z królem miejscowych który jako pierwszy stanął po stronie przybyszy. Tam dołączyli też inni przyjaźni Niemcom królowie. Uczta monarchów przeciągnęła się do następnego dnia kiedy przerwała ją grobowa wieść. Czterech władców z północnej części kraju oraz dwóch spoza kolonii zawiązało przymierze przeciw kolonizatorom i rozpoczęło marsz na południe. Król saski natychmiast kazał wezwać do wioski władze kolonii na wspólną naradę. W wzięli w niej udział także naukowcy z wyprawy której udało się w porę opuścić zagrożony teren. Mimo iż królowi odradzano ten krok jako ryzykowny postanowił on osobiście ruszyć na czele wojska na północ. Argumentował że należy dotrzymać zobowiązania obrony miejscowych, a on sam reprezentuje Majestat Cesarza więc nie może uciekać przed wrogiem. Obaj profesorowie zgodzili się towarzyszyć monarsze w charakterze przewodników. W osiedlach niemieckich została jedynie biała policja. Schutztruppe i oba bataliony armii ruszyły pod dowództwem króla naprzeciw wrogowi. Z portu wypłynął najszybciej jak się dało niszczyciel aby zwrócić się w Niemczech o pomoc jako że nikt nie wiedział ilu wojowników zebrali kacykowie
-
Pierwszą stycznością z miejscowymi innymi niż z terenów sąsiadujących z osadnictwem niemieckim nie była walka ale widok rzesz uchodźców uciekających przed nie zostawiającymi za sobą nic poza zgliszczami domów i niewolą ich mieszkańców wojownikami z północy. Król nakazał aby szli oni na południe i wysłał towarzyszącego mu księdza z listem do przełożonego werbistów którzy powinni byli już przybyć do Nowej Miśni aby przeznaczył część królewskiej donacji na pomoc uchodźcom, a sam z wojskiem ruszył dalej.. Kilka dni później doszło do walk ze zwiadowcami wroga. Huzarzy sascy zdołali pojmać kilku. Oddano ich miejscowym sojusznikom aby ich przesłuchali. Nie obyło się bez tortur, ale uzyskano informacje którymi drogami poruszają się zgrupowania wroga i że jeszcze się nie połączyły. Karygodny błąd z ich strony a wspaniała szansa dla sił niemieckich i sprzymierzonych. Król także podzielił swoje siły ale tylko na dwa zgrupowania które składały się z niemieckiego batalionu oraz pewnej liczby miejscowych wojowników. Wyposażone z przewodnikami ruszyły one na wroga. Dzięki wiedzy miejscowych zorganizowano skuteczne zasadzki na awangardy obu zgrupowań. Pierwsze zwycięstwa zwiększyły znacząco morale żołnierzy, ale prawdziwy sprawdzian miał dopiero nadejść wraz z głównymi siłami wrogich armii. Te jednak nie nadeszły ponieważ z awangard niektórym wojownikom udało się uciec i zawrócili oni wojska.
-
Król zrezygnował z marszu na północ aby nie narazić szczupłych sił na powtórkę. Oddziały wroga połączyły się na dalekiej północ i wspólnie maszerują na Niemców. Król ogłosił odwrót bojąc stanąć przeciw z pewnością przeważającym siłom murzyńskim.
W tym samym czasie do Nowej Miśni dotarła fala uchodźców. Ojciec Hans Sordgen do którego adresowany był królewski list postąpił zgodnie z wytycznymi. Przyjął miejscowych pod opiekę. Znaczna część z nich znalazła zatrudnienie jako pomocnicy fachowych budowlańców przy budowie klasztoru. Po wypłacie pierwszych pensji zakonnicy wspólnie z tłumaczami nauczyli posługiwania się pieniędzmi tych którzy nie wiedzieli jak one działają.
-
Z chęcią odwiedzę Togoland.
-
Jeśli Waszej Królewskiej Mości towarzyszyć będą dzielni bawarscy żołnierze to chętnie przyjmiemy takich gości.
-
Wojska niemieckie wróciły do Nowej Miśni. Natychmiast po powrocie, rannych umieszczono w szpitalu koszar wojskowych, a żołnierzom dano chwilę wytchnienia. Tym czasem w mieście zawrzało. Wielu ludzi powtarzało plotkę o tym że wojsko zostało pokonane i do miasta zbliżają się oddziały miejscowych. Na szczęście król i inni przedstawiciele władz zdołali uspokoić mieszkańców. W międzyczasie piechota morska nową koleją została przetransportowana rozmieszczoną w dwóch pozostałych osadach. Jedna kompania zajęła Annestadt i rozpoczęła jego fortyfikowanie. Pozostałe dwie kompanie zmierzały do Nowego Budziszyna
-
Cesarz wysłał dodatkowy batalion piechoty, aby uspokoić sytuację.
Aby przyspieszyć dostawę, wojsko zostało załadowane na szybkie niszczyciele
-
No, nareszcie jakieś wsparcie. Dziękuję bardzo.
Przez resztę drugiej połowy lutego każdy miał ręce pełne roboty. Piechota ramię w ramię z miejscowymi i niemieckimi mieszkańcami oraz częścią marynarzy pracowicie budowali okopy i barykady. W rękach floty spoczywało również zdemontowanie najlżejszych dział-tych kalibru 88 mm z pancernika. Na koszt króla miejscowi cieśle wykonali dla nich prowizoryczne drewniane łoża. Połowę, czyli dziewięć armat rozmieszczono wokół stolicy, dwa w Annestadt, a pozostałe sześć w Nowym Budziszynie. W tym samym czasie oba szwadrony jazdy monitorowały ruchy przeciwnika co czasem niestety kończyło się ranami lub nawet śmiercią.
Na początku marca w Nowej Miśni pojawiła się oczekiwana bez cienia przesady można powiedzieć armada. Oprócz dodatkowych oddziałów w ładowniach przybyłych transportowców znajdowały się karabiny, pistolety i amunicja do nich.
Mając do dyspozycji 7 tysięcy żołnierzy niemieckich król Karol mógł rozpocząć prawdziwą wojnę. Postanowił zaryzykować i zostawić osady pod opieką policji i floty oraz tworzonych z inicjatywy władz cywilnych freikorpsów wyposażonych za zgodą monarchy w broń przywiezioną z Niemiec. Kombinowana brygada ze wsparciem zmniejszonej wydarzeniami ostatnich tygodni liczby miejscowych wojowników ruszyła na spotkanie przeciwnika. Nie minęło wiele czasu gdy natknęli się na pierwszy oddział. Dzięki miejscowym zwiadowcom Karol wiedział że to straż przednia większej grupy. Rozmyślnie w straży przedniej wojska cesarskiego umieszczeni zostali jegrzy. Doskonale wyszkolona piechota momentalnie rozwinęła się w tyralierę zasypała wroga celnym ogniem. Afrykańczycy odpowiadali ogniem z tego co mieli: łuków oraz broni palnej. Od skałkowych muszkietów rodem z czasów Korsykańskiego Ogra po kilkusetletnie, najpewniej portugalskie, arkabuzy i muszkiety lontowe. Dzięki osłonie lekkiej piechoty, kawaleria zdążyła się przegrupować i przygotować do szarży. Na dźwięk trąbek piechurzy wbiegli w luki między szwadronami., A te ruszyły do przodu w momencie gdy ostatni jegier zrównał się z ich szeregami. Jazda szybko ze stępa przeszła z kłus, a w momencie gdy padli pierwsi ranni, dobywając szabel i pałaszy przyspieszyła do galopu. Malo która tyraliera wytrzyma szarżę kawalerii na otwartym terenie, a już na pewno nie pozbawionych dyscypliny wojowników przyzwyczajonych do indywidualnej walki wojowników plemiennych. Ze sporymi stratami wycofali się oni w popłochu. Jazda zgodnie z planem ruszyła za nimi. Stało się jednak coś czego plan nie przewidywał. Siły główne zamiast być zdezorganizowane na skutek ucieczki towarzyszy uszykowane i nastawione bojowo. Gdy pierwsza linia dostała się pod ostrzał dowodzący szarżą komendant gwardii lekko ranny, dał rozkaz do odwrotu. Król posłał znów do akcji jegrów. Tym razem z towarzyszeniem fizylierów swojego pułku. Wybiegli oni do przodu uformowani w kolumny tak aby jazda mogła przedostać się miedzy nimi na tyły. Zgodnie z przewidywaniami monarchy wróg ruszył do ataku. Piechota postawiła ogień zaporowy tak aby dać czas na przygotowanie się głównej silne przeznaczonej do odparcia ataku-kartaczownicom MG-1. Broń dotychczas nieużywana bojowo w cesarskiej armii spisała się doskonale. Wywarła piorunujący efekt na morale wojowników miejscowych którzy w momencie gdy ich towarzysze zaczęli ginąć w tępie błyskawicznym przestraszyli się i rozpoczęli odwrót. Marszałek Wettyn pewny zwycięstwa puścił znów do ataku jazdę. Tym razem w luźnym szyku. Niektórym wodzom udało się zebrać jeszcze kilkukrotnie swoich wojowników do oporu, ale wtedy w ruch szła broń palna i z niewielkimi stratami znów triumfowali Niemcy. Wreszcie przeciwnik zaczął się poddawać. Bilans bitwy był następujący: król saski stracił około 40 zabitych głownie własnych żołnierzy i ponad 80 rannych. Problemem była też śmierć lub kalectwo prawie 70 koni czyniąca z części jazdy nagle pieszych żołnierzy do czego nie konieczne byli oni przyzwyczajeni. Straty wroga są trudne do dokładnego oszacowanie. Do niewoli dostało się ponad 200 wojowników zdrowych oraz około 60 rannych. Wykorzystano ich następnie do wykopania grobów dla poległych z obu stron. Nikt nie liczył wrogich poległych ale różni szacowali ich liczbę na trzy do nawet ośmiu czy dziewięciu setek choć ta ostania liczba była zapewne przesadzona. Jeńców pod konną eskortą odprowadzono na wybrzeże. Reszta armii ruszyła dalej na północ.
-
W marszu na północ armia saska napotykała niewielki opór tłumiony niewielkimi kosztami choć zdarzały się udane zasadzki na patrole i furażerów. Wreszcie dotarła w góry w centralnej części kraju. Król otrzymawszy wiadomość o przybyciu dodatkowego batalionu postanowił nadłożyć drogi i ominąć łańcuch górski od wschodu.
-
Król nie pomylił się w swoich przewidywaniach. Podczas gdy on ze swoim ludźmi przemierzał północne równiny wojownicy którzy skryli się w górach przegrupowali się i pomaszerowali w kierunku oceanu.
Za radą renegatów z plemion sojuszniczych wróg postanowił zdobyć oddalone od pozostałych Annestad. Niewielka wioska miała być banalnie prosta do zdobycia. Miejscowi nie wiedzieli jednak że okopy i barykady pracowicie wzniesione przez żołnierzy Seebatalionu nie leżały teraz odłogiem. Dowódca cesarskiego batalionu posiłkowego otrzymawszy komendę nad bezpieczeństwem osadników mądrze umieścił we wsi pozostającej poza zasięgiem nawet najcięższych dział pancernika. Żołnierze wspólnie z oddelegowanymi kanonierami naprawili fortyfikacje, a nawet zaczęli je ulepszać.
Właśnie wychodzących rano do pracy żołnierzy ujrzeli murzyńscy zwiadowcy. Wódz zrozumiał że jedynym sposobem na powodzenie ataku jest liczyć na zaskoczenie wie zatrzymał narazie swoje siły z dala od Annestadt. Do działania przystąpił w nocy. Jego ludzie poruszali się bezgłośnie, jednak wprawne oczy wartowników wypatrzyły wroga. Niestety zbyt późno aby starannie przygotować obronę. Strzały i dźwięk gwizdków zaalarmowały mieszkańców i resztę kompanii. Gdy zaspaniu piechurzy wybiegali z namiotów łapiąc szybko karabiny wróg wdzierał się już do okopów. Oficerowie i podoficerowie wrzeszczeli:"Bagnet na broń!" Rozkaz był bardzo słuszny. Walka wyglądała tak że Niemiec wystrzelił raz i już nie miał czasu przeładować. Jedynie oficerowie wyposażeni w sześciostrzałowe Reichsrevolvery byli w stanie oddać więcej strzałów. Straty poniesione od broni palnej poważnie nadwątliły siłę ataku miejscowych lecz nie złamały go. Straty obrońców również rosły. Uzbrojeni mieszkańcy którzy włączali się do walki mieli pewne przeszkolenie w strzelaniu, ale już ich umiejętności walki wręcz pozostawiały wiele do życzenia więc stawali się łatwym celem dla wprawnych wojowników afrykańskich. Żołnierze nie cofali się o krok ginąc lub zabijając. Ich towarzysze zakwaterowani wewnątrz wioski w większości nie włączali się do ręcznego boju ale strzelali do każdej postaci która nie miała w ręku karabinu. Niestety nie było to w pełni skutecznie ponieważ tak zginął jeden z dowódców plutonu który mając dobytą tylko szablę został wzięty za afrykanina. Dano rozkaz do odwrotu. Żołnierze schronili się za wewnętrznymi barykadami wokół głównego placu wsi. Potem stało się to na co liczył dowódca niemiecki. U wroga puściła dyscyplina. Wojowie rozbiegli się łupić domy kolonistów. Za niedługo wybuchł pożar który dzięki nocy zauważyli obserwatorzy na dozorującym wybrzeże niszczycielu. Jednostka natychmiast zbliżyła się do brzegu i wysadziła oddział zwiadowczy który w około pół godziny potwierdził w wiosce rozgorzała walka. Kontrtorpedowiec pognał natychmiast do Nowej Miśni.
W tym samym czasie w wiosce po chwili ostrzału zza umocnień kapitan postanowił przeprowadzić kontratak. Niedobitki wojska kolonialnego przeskoczyły barykady i rozpoczęły wypieranie najeźdźców metr po metrze. Na rogatkach wioski czekała jednak niemiła niespodzianka. Zaalarmowane zbliżającymi się odgłosami walki pozostałe oddziały autochtonów przyszykowały się do walki. Na Niemców spadła chmura strzał i oszczepów więc ci rzucili się do biegu. Niestety zmęczone i coraz bardziej zdemoralizowane wojska niemieckie nie wytrzymały walki z przeważającym wrogiem zadając mu jakkolwiek spore straty.. Próba powrotu za barykady udała się niewielkiej ilości żołnierzy którzy nie mogli długo stawiać oporu. Miejscowi wzięli niestawiających oporu do niewoli, a broniących się wymordowali. Wioska spłonęła. Wielkim atutem wygranej było przejęcie broni wraz z amunicją oraz jednego sprawnego działa. Drugie udało się uszkodzić, ale dwóch kanonierów w obawie przed torturami zgodziło się je naprawić oraz nauczyć miejscowych obsługi.
Informacja o bitwie dotarła do Nowej Miśni skąd natychmiast ruszyła kompania z pomocą. Na szczęście udało się jej powrócić bez nawiązania kontaktu z wrogiem., ale wieści wywołały panikę która cudem udało się opanować. Zycie w obu miasteczkach przeszło na wojenne tory. Każdy robił co mógł aby przygotować się do obrony. Kolejnym celem przeciwnika stał się Nowy Budziszyn. Ten jednak był gotowy. Zgodnie z rozkazem dowódcy żołnierze spali na stanowiskach w pełnym rynsztunku. Uciążliwe, ale jak się okazało bezpieczne. Tym razem atakujący nie skryli się też w zaroślach które w większości zostały wcięte. Wartownicy szybko zauważyli nadchodzącego wroga. W dwie minuty ogniem zionęło sześć okrętowych armat ściągniętych na ląd. Po bokach, na dźwięk wybuchów do akcji włączyły się trzy niszczyciele cumujące w pobliżu. Szrapnele zadawały znaczne straty atakującym. Obrońcy ukryci za wałami ponosili natomiast niewielkie. Ani huraganowy ogień bron ręcznej, ani zapora artyleryjska nie załamały jednak ataku więc padła komenda: "bagnet na broń!". Z racji niewielkiej już odległości między armiami ostania salwa niewiele straciła na celności. Równo z nią na rozkaz dowódcy obrony kanonierzy opuścili swoje stanowiska ze względu na swoją cenność. Wycofali się oni do środka miejscowości gdzie na pozycjach ostatniej szansy czekali członkowie freikorpsów. Ostrzał tyłowych szeregów wroga kontynuowały natomiast okręty. Zawrzała walka wręcz w której dzięki długości karabinów oraz lepszemu wyszkoleniu górowali obrońcy. Przede wszystkim w sercach cesarskich soldatów wrzała nienawiść i chęć zemsty za zniszczenie niemieckiej wsi. Zmiękczeni artylerią miejscowi przejawiali] znacznie mniejszą chęć do walki niż trzy dni wcześniej w Annestadt. Gdy na polu bitwy zjawiło się pół kompanii rezerwy wódz murzyński dał za wygraną. Pierwszy atak został odparty.. Niedługo potem informacje dotarły do naczelnego dowódcy który wysłał w pomoc "Dresdena". Z jego pomocą odparto kolejne szturmy.
W tym samym czasie główne siły stoczyły kolejną bitwę, choć raczej należałoby określić ją potyczką, z resztą sił sprzymierzonych wzmocnionych wojskami które opuściły obóz króla Saksonii. Przeprawiające się przez rzekę wojska saskie zostały zaatakowane. Na szczęście brzegi nie były zarośnięte więc nie był to atak z zaskoczenia. Znajdujący się już na drugim brzegu batalion jegrów zdołał częściowo rozwinąć się w tyralierę i oddać dwie salwy zanim doszło do ręcznego spotkania. Z drugiego brzegu w przedpole prażyły kartaczownice i piechota. Jazda natomiast przekroczyła niezbyt w tym czasie głęboką w przeciwieństwie, jak stwierdzili towarzyszący królowi naukowcy, z drugą połową roku. Huzarzy i ułani wykonali kilka szarż na tyły atakujących co uratowało łamiących się już jegrów. Konsternacja wywołana walką z mało rozprzestrzenionymi na tych terenach końmi pozwoliła niemieckiej piechocie wycofać się na drugi brzeg skąd ogniem skoordynowanym z towarzyszami z pozostałych oddziałów ogniem odparli atakujących a kawaleria dokończyła dzieła. Niektóre wioski zaczynają poddawać się władzom cesarskim.
-
Pobici pod Nowym Budziszynem Afrykańczycy wycofali się na północ. Tam doszły ich wieści o sukcesach armii królewskiej która hołdowała kolejne wioski. Postanowili wyruszyć do domów. Marsz zajął ponad tydzień. W między czasie dochodziło do licznych sprzeczek między wodzami a nawet kilku bitew. W jednej z nich uwolniono część jeńców z Annestadt. Niektórzy wodzowie postanowili zawrócić i poddać się władzom niemieckim licząc na miłosierdzie. Jeńcy których uwolnili obiecali że będą świadczyć na ich korzyść. Rada Kolonii-organ doradczy gubernatora złożony z przedstawicieli wszystkich trzech osad wspólnie z radą miejską Nowej Miśni pamiętając królewskie wytyczne również wstawili się za miejscowymi. Złożywszy hołd powrócili oni do swoich domów.
Podobnie na północy król kazał rozgłosić że ci którzy poddadzą się kolonistom zostaną oszczędzeni, a od teraz każdy opór będzie bezwzględnie karany. Wielu korzystało z oferty. Przez kilka dni król i jego oficerowie byli zajęci negocjacjami z miejscowymi wodzami. Niestety zdarzały się niewielki, ale zgodnie z obietnicą krwawo tłumione próby oporu. Dodatkowo dowództwo niemieckie uzyskało informacje że w góry uciekają wszyscy ci którzy zamierzają kontynuować walkę.
-
Dla wzmocnienia wojsk niemieckich Cesar wydał rozkaz, żeby z niszczycieli zdjąć połowie uzbrojenia i 2/3 amunicji. Powinno to wzmocnić nasze oddziały w Afryce.
-
Wojska pod wodzą króla wytrwale maszerowały na północne rubieże kolonii. Zwiadowcy zarówno spośród kawalerii jak i najwierniejszych miejscowych pracowicie zbierali informacje o wrogu. Okazało się że obozuje on na wyżynach w północno-zachodniej części kraju toteż tam skierowały się główne siły.. Po kilku dniach marszu żołnierze ujrzeli wroga. Niestety luźno zadrzewiona sawanna sprawiła że wróg także ich dostrzegł więc uszykował się do boju. Niemcy również sformowali szyki i powoli ruszyli do walki. Wódz murzyński wiedział że w wymianie ognia nie ma szans, w przeciwieństwie do walki wręcz. Wiedział to tez król Karol. Dlatego gdy zobaczył że Afrykańczycy zaczynają biec w stronę jego ludzi nakazał natychmiastowe zatrzymanie. Największe straty zadał wrogowi pułk strzelców i jegrzy ( bo o dwóch batalionach nie można było już mówić) wyposażeni w nową, szybkostrzelną broń. Na samym końcu do "koncertu śmierci" włączyły się karabiny maszynowe, ale już po krótkiej serii ich obsługi musiały dobyć szabel. Gdy walka rozgorzała na dobrze król nakazał sześciu szwadronom trzymanym dotychczas w rezerwie okrążyć szyki w szybkim tempie ponieważ widział że część centrum jest coraz bardziej zdominowywana przez wroga. Kawalerzyści nie zdążyli i zanim dokonali szarży piechota niemiecka została rozbita na dwie grupy. Na pierwszą szarżę wojownicy afrykańscy się przygotowali. Dowódca kawalerii widząc że nie osiąga celu nakazał odskok i ponowienie ataku. Sytuacja powtórzyła się ponownie. Dopiero trzeci atak jazdy uratował sytuację i zmusił wroga do ucieczki. Najcięższa bitwa była już za ludźmi króla. Teraz pozostało zniszczyć opór do końca. Szybko do władcy zaczęły dochodzić informacje o atakach na poddane wioski. Wobec tego podzielił swoje siły na cztery grupy operacyjne po 2 tysiące żołnierzy które miały wytropić "partyzantów" i zniszczyć ich.
-
Przez półtora miesiąca żołnierze pełnili trudną służbę antypartyzancką. Zaskarbili sobie jednak wdzięczność i szacunek miejscowej ludności niejednokrotnie bezpośrednio broniąc wiosek przed napadem grup partyzanckich które z wyzwoleńczych często zmieniały się w pospolite bandy nastawione na rabunek od płaszczykiem walki z najeźdźcami.
-
Niszczyciele musiały wracać do Niemiec. Przybył telegram z cesarskiego pałacu z zapytaniem, czy artyleria okrętowa jest jeszcze potrzebna.
Król Saksoni miał sam podjąć decyzję w tej sprawie.
-
Upewniwszy się że sytuacja jest w miarę pod kontrolą król odpowiedział że artyleria może wrócić na swoje miejsce i zostawiwszy dla bezpieczeństwa na miejscu cały korpus ekspedycyjny odpłynął do Niemiec postarać się o fundusze na odbudowę zarówno miejscowych wiosek jak i zniszczonego Annestadt. W tym czasie ruszyły prace nad odbudową zniszczonych przedmieść Nowego Budziszyna finansowane z własnych zasobów kolonii.
-
Działa na niszczycielach zostały sprawnie zamontowane i kontrtorpedowce dogoniły okręty Króla Saksonii.
Podróż minęła spokojnie.
-
Król powrócił do Togolandu wioząc ze sobą wiele materiałów i maszyn do prac budowlanych. W tym czasie dobiegały już końca remonty uszkodzonych zabudowań w Nowym Budziszynie. Król uzupełnił fundusze kolonii pieniędzmi przywiezionymi z Niemiec. Z rozkazu króla rozpoczęła się odbudowa Annestadt w której biorą udział ocaleli ze zniszczenia mieszkańcy dawnej wioski. Na mocy umowy z francuskim biznesmenem na miejscu spalonego gaju palmowego ma powstać plantacja bawełny na której pracować będą mieszkańcy. Znajdujący się w Nowej Miśni miejski lazaret ma zostać rozbudowany do nowoczesnego szpitala. W aby w przyszłości uniknąć lub przynajmniej zminimalizować skutki wydarzeń podobnych do minionych rozpoczęto werbowanie ochotników do sił zbrojnych kolonii. Na poczoątek planowane jest powołanie samodzielnego mieszanego batalionu
-
Cesarz na rozwój koloni podesłał 500 tys. Marek
-
Cesarskie wsparcie zostało przeznaczone na ukończenie nadbrzeżnej linii kolejowej, której budowa została przerwana przez wojnę, oraz na rozpoczęcie budowy kolei w głąb lądu wzdłuż której zaczęły powstawać stacje handlowe.
-
Po naradach reszta środków został przeznaczona na wzmocnienie niezależności kolonii poprzez budowę należących do władz przedsiębiorstw: przędzalni bawełny oraz plantacji owoców, kawy i bawełny. Inwestycje przyciągają rzesze potencjalnych pracowników. Zarówno miejscowych z głębi kontynentu jak i z Niemiec.
Postępująca akcja chrystianizacyjna doprowadziła do tego że trzej posługujący pastorzy niemieccy byli zbyt obciążeni pracą więc z Niemiec przybyło dwóch kolejnych kapłanów. Przybycie zakonników razem z królem zapobiegło podobnej sytuacji u katolików. Dodatkowo oba wyznania zaliczyły niewątpliwy sukces w postaci wysłania pierwszych kleryków na naukę w Niemczech. Liczba wiernych wzrosła już na tyle że ze strony katolickiej erygowano Prefekturę Apostolską Togolandu pod przewodnictwem księdza który przybył na te tereny jako kapelan pierwszej wyprawy. Luteranie natomiast powołali okręg kościelny którego superintendentem wybrano również pierwszego na tych terenach duchownego luterańskiego
-
Z prywatnego skarbca Cesarz pokrył wydatki na szaty liturgiczne i wyposażenie domów modlitwy.
-
Przędzalnia działa już na pełną skalę. Do Niemiec w tym miesiącu wypłynął już trzeci statek wypełniony przędzą bawełnianą
-
Gratuluję, wydaje mi się że należy pomyśleć o budowie statków handlowych
-
(https://c8.alamy.com/comp/HBE4TA/the-emin-pasha-relief-expedition-of-1886-to-1889-was-one-of-the-last-major-european-expeditions-into-the-interior-of-africa-in-the-nineteenth-century-here-the-european-members-illustration-woodcut-from-1880-HBE4TA.jpg)
Na południu kraju wciąż rozwijają się kolejne plantacje kawy, kakao, owoców, olejowców i palm kokosowych. Północ natomiast została objęta zakazem zagospodarowywania poza wydobyciem złota na małą skalę. Stało się tak ponieważ ponieważ gubernator zarządził powołanie obszarów ochrony przyrody na tym terenie.
Dzięki akcji marketingowej po kilku tygodniach pojawili się chętni aby za opłatą udać się w tamte tereny
-
Bardzo ciekawy eksperyment, mam nadzieję że ja też będę mógł kiedyś się tam wybrać.
-
Serdecznie zapraszam. Dołożę wszelkich starań aby wizyta była udana.